Ostatnio pomyślałam, a
co jeśli już nie umiem pisać? A jeśli w ogóle nie umiałam, a ta dziecinna
pisanina sprzed kilku lat tylko wydawała się sensowna? To mam problem,
istotnie. Przyznam się od razu, ten czas powinnam poświęcić na naukę historii albo,
chociaż chemii. Tylko ja jak zwykle nie czuję weny. Nie jestem właściwie pewna,
czy kiedykolwiek ją czułam. To mrowienie w palcach, zwężone źrenice i
entuzjastyczna chęć do poszerzania horyzontów. Nie... To nie dla mnie. Na pewno
nie w niedzielny, rześki wieczór, kiedy Zaksa musi zgromić Sovię. Ja wiem, ja
wiem, tysiące rzeczy na raz, niemożność ogarnięcia tego bałaganu.
Potrzebuję chyba kogoś, kto każe mi przestać układać kolorystycznie ubrania, a
pokaże jak czuć, tak zwyczajnie. Żeby ten ktoś pokiwał głową na znak, że robię
dobrze, pogłaskał po policzku i przytulił. Piję chyba trzecią kawę, z myślą, że
przed pierwszą nie zasnę. To już takie typowe. Popadam w chwilową euforię, bo
Zaksa prowadzi dwa do zera. Nie przeszkadza mi nawet jeden z moich ulubionych
graczy, dostający żółtą kartkę. Za pyskówę. Wciąż jest kochany i wciąż świetnie
serwuje. Kończę już nieuzasadniony napad zachwytu. To wszystko jest takie
cholernie bezcelowe. Po co w ogóle istnieję? Skoro moje życie to ciągły brak
motywacji i chęci do czegokolwiek, po co? Czasem myślę, że jest jeszcze ktoś,
komu zależy, chociaż w niewielkim stopniu zależy. Może pomyśli o mnie przed
zaśnięciem? Jeszcze się łudzę.
o.
o.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz